sobota, 16 lutego 2008

Religia zwana Starbucks

Już pod koniec ubiegłego roku do prasy trafiła wiadomość, że wzbudzająca radykalnie przeciwstawne uczucia sieć kawiarni Starbucks otworzy w roku 2008 pierwsze punkty sprzedaży w Polsce. Firma z Seattle, która rozpoczynała jako skromny sklep na rogu, by stać się olbrzymią międzynarodową korporacją o dochodach sięgających prawie 10 mld dolarów rocznie, oprócz robiącego ogromne wrażenie tempa wzrostu, charakteryzuje się również dość specyficznym podejściem do zarządzania, przedstawionym (a raczej przekazanym w formie ewangelii) w małej książeczce Starbucks Experience , którą miałem okazję czytać już jakiś czas temu.

Niecały rok po lekturze dzieła dra Josepha Michelli (ale również artykułów podobnych do tego z New York Times) dochodzę do wniosku, ze istnieją najwyraźniej cztery religie księgi: judaizm, islam, chrześcijaństwo i religia zielonej książki fartuchowej (tzw. green apron book, którą noszą ze sobą baristas zatrudnieni w korporacji). Starbucksizm, oprócz świętej zielonej księgi z zasadami sprzedaży noszonej przez pracowników, doczekał się również opracowania apologetycznego, a jest nim bez wątpienia właśnie książka Josepha Michelli.

Michelli wychodzi w niej z pozycji niezaangażowanego, ale zafascynowanego fenomenem sieci Starbucks konsultanta, który w trakcie wywiadów z pracownikami (lub partnerami, jak są nazywani) koncernu, doszedł do wniosku, ze sukces swój Starbucks zawdziecza nastepujacym zasadom: 1) make it your own 2) everything matters 3) surprise and delight 4) embrace resistance 5) leave your mark.

Nie ma większego sensu rozpisywać się tutaj na temat powodów, dla których Starbucks odniósł międzynarodowy sukces - jest to prawdopodobnie połączenie wizji, wyjątkowo dobrego zarządzania wizerunkiem oraz jakości dostarczanego produktu. Problem zaczyna się tam, gdzie z dobrej korporacji robi się coś na kształt religii, kiedy zamiast opisywać procedury zarządzania stara się kreować obraz firmy, która tak w zasadzie to nie chce sprzedawać kawy, tylko pomagać ludziom, nie dawać im produktu, ale nowy sposób doświadczania świata. W trakcie czytania książkę Starbucks Experience miałem ochotę zwrócić swoją poranną kawę - taka ilość cukru, jaką raczy czytelników dr Michelli każdego może przyprawić o mdłości. Poza kilkoma banałami TQM okraszonymi opowieściami o tym, jak Frappuccino pomogło komuś w przejściu przez chemioterapię (sic!), trudno znaleźć tutaj coś wartościowego pod kątem zarządzania czy prowadzenia biznesu. Już lepiej poszukać w innych tekstach religijnych.

1 komentarz:

Klaudia pisze...

Jak ludzie potrzebują religii i to biorą, to dlaczego mieć do nich i do firmy pretensje. Dopóki, Starbucks nie ogłosi, że jest to jedyna dozwolona religia, wszystko mieści się w granicach normy.
Rysiek